Wiersze Miłosne - Johann Wolfgang Goethe

Wtóry list zakochanej

I czemuż znowu list piszę w udręce?
Nie pytaj, miły, jaka w tym przyczyna,
Bo cóż ci powiem, nieszczęsna dziewczyna...
Ach, wiem, że tych kart dotkną twoje ręce.

Gdym sama, w dali — niech list przypomina,
Że w moim sercu płoną najgoręcej
Zachwyty, smutki, nadzieje dziewczęce.
To się nie kończy — ani nie zaczyna.

I cóż ci powiem? Że o twych ramionach
W snach i marzeniach, i w myśli, i w mowie
Me wierne serce roi potajemnie...

Tak kiedyś stałam w ciebie zapatrzona,
Nie rzekłszy słowa... Cóż rzecz miałam — powiedz —
Gdy cała istność spełniła się we mnie.

Wiersz: Johann Wolfgang Goethe

Sonety (IX)

Wtóry list zakochanej

I czemuż znowu list piszę w udręce?
Nie pytaj, miły, jaka w tym przyczyna,
Bo cóż ci powiem, nieszczęsna dziewczyna...
Ach, wiem, że kart tych dotkną twoje ręce.

Gdym sama, w dali — niech list przypomina,
Że w moim sercu płoną najgoręcej
Zachwyty, smutki, nadzieje dziewczęce.
To się nie kończy — ani nie zaczyna.

I cóż ci powiem? Że o twych ramionach
W snach i marzeniach, i w myśli, i w mowie
Me wierne serce roi potajemnie...

Przyśpiewy do tańca

Obojętni
Chodź ze mną, piękna, pójdźże w tany ze mną;
Taniec wypełnia uroczyste chwile,
Gdyś nie jest moim skarbem — to nim będziesz;
Gdy nim nie będziesz — też tańczyć możemy.
Chodź ze mną, piękna, chodźże w tany ze mną;
Taniec uświetnia uroczyste chwile.

Czuli
Bez ciebie, luba, czym byłyby święta?
Bez ciebie, słodka, czym byłyby tany?
Gdyś nie jest moim skarbem — cóż po tańcu!

Twoim oczom być posłusznym

Twoim oczom być posłusznym,
Twoim ustom, twojej piersi,
Twoim głosem pieścić uszy
Było treścią mojej pierwszej,

A wczoraj, ach! — i ostatniej
Szczęśliwości. Zgasł ten ogień,
Co cieszyło — dziś mnie rani,
Ciążąc jak dług nazbyt drogi.

Dopóki nie raczy Allah
Przywieść nas do pojednania,
Słońce, księżyc, ziemia cała
To sposobność do płakania.

Wiersz: Johann Wolfgang Goethe
Przełożył: Julian Przyboś

Sonety (II)

Przyjazne spotkanie

Drogą szarą i stromą, co wśród skał się wiła,
Idę, przestronnym płaszczem po szyję okryty,
Na łąki, niespokojny i smutkiem przybity —
Pchała mnie do ucieczki tajemnicza siła.

Naraz jakby się nowa jasność objawiła:
Dziewczyna idzie ścieżką, spoziera w błękity,
Piękna jak owe lube i wdzięczne kobiety
Z kraju poezji. Moją tęsknotę zgasiła.

Otuliwszy się szczelniej, bo dreszcz przebiegł ciało,

Powitanie i rozłąka

Już do niej czas! Więc noga w strzemię!
Poleciał koń mój lotem strzał.
Wieczorny sen kołysał ziemię,
Zawisła noc na szczytach skał;
Już wypiętrzony w błękit siny
Stał olbrzym-dąb w spowiciu mgły
I patrzył czarno spod gęstwiny
Tysiącem oczu pomrok zły.

Miesiąc wyjrzawszy zza pagórka
Przyświecał tęskno w wonnych mgłach,
Wiatr, szeleszczący w lekkie piórka,
Nawiewał w uszy dziwny strach;
Noc wyłoniła swe bojaźnie,
Przy drodze mej czyhają, tkwią —

Szczęście rozłąki

Pij swe szczęście jak dzień długi
Z oczu miłej jak ze strugi,
Skryj je pod powieką!
Szczęście móc ją kochać zawsze,
Ale szczęście najłaskawsze,
Gdy miła daleko.

Czas i przestrzeń, wieczne moce,
Niebo, rozgwieżdżone noce
Krew uspokajają.
Puls i tętno łagodniejsze,
Uderzenia serca lżejsze
Szczęście powiększają.

Choć na jawie śnię z zachwytu,
To nie tracę apetytu,

Skryte

Gdy miła oczkami strzela,
Wszyscy przystają w podziwie,
A ja wśród nich, co to znaczy,
Jestem wiedzący prawdziwie.

A znaczy: Jego miłuję,
Nie innych, nie byle kogo,
Więc wy, dziwiąc się i tęskniąc,
Idźcie sobie swoją drogą.

Owszem, niezwykła jest władza
Patrzącej wokół dziewczyny:
Lecz ona jemu obwieszcza
Słodycz najbliższej godziny.

Wiersz: Johann Wolfgang Goethe
Przełożył: Robert Stiller

 

Posyłając złoty naszyjnik

Slę ci z tą kartką naszyjniczek,
Co tęskni uwęźlonym zwojem
Swojej giętkości służebniczej,
By owić się w krąg szyi twojej.

Pozwól, pieszczoszek ten niech z tobą
Ulegnie niewinnemu chceniu;
W dzień będzie drobną ci ozdobą,
A wieczór go porzucisz w cieniu.

Lecz jeśli ktoś ci łańcuch poda,
Co, obejmując mocniej, skłania,
Lizetto, zdziwi mnie twa zgoda,
Jeśli go przyjmiesz bez wahania.

Wiersz: Johann Wolfgang Goethe
Przełożył: Julian Przyboś

Sonety (XVII)

Szarada

Dwa słowa są, misterne jest ich powiązanie,
Wybieramy je chętnie z innych słów gęstwiny,
Lecz nie możemy dociec prawdziwej przyczyny,
Która im sens nadaje i przelotne trwanie.

W młodym i starym wieku miło niesłychanie
Obydwa sprzęgnąć z sobą zuchwale jak rymy;
Jeśli w imieniu jedno z drugim połączymy,
To wyrazimy przez to lube pożądanie.

Pragnę teraz być u nich w miłosnej estymie,
By zespolone w jedno mnie uszczęśliwiły;
Mam nadzieję, że los mi nagrodę wypłaci:

Różnorodne uczucia na jednym miejscu

Dziewczyna
Znienackam go ujrzała!
Na cóż mi to się zdało?
O niebiańskie spojrzenie!
By uniknąć spotkania,
Pełna zażenowania,
Cofnęłam się ze drżeniem.
Ja marzę, ja szaleję!
Wy, skały, i wy, knieje,
Ukryjcie moją radość
I szczęście pod swym cieniem.

Młodzieniec
Tu muszę ją odnaleźć!
Widząc, jak się oddala,
Się za nią me spojrzenie.

Pogrążenie

Jakież kędziory na tej głowie!
A gdy w bujności tej z ostrożna
Pełnymi dłońmi błądzić można.
Czuję, jak mnie przenika zdrowie.
Całuję czoło, brwi, wargi mej pani
I rzeźwi mnie to i znów rani.
Gdzie zabrnął grzebień pięciozęby?
Znów topię go w kędziorów kłęby.
Ucho igraszek też nie wzbrania,
Ni z ciała, ni ze skóry, śmiesznie
Kruche i skore do kochania.
Jako je moja dłoń niespiesznie
Przegarnia, tak i wieczność całą
We włosach będzie się błąkało.
Hafizie! to, co tobie nie nowina,
Dla nas od nowa się zaczyna.

Wiersz: Johann Wolfgang Goethe
Przełożył: Robert Stiller

Image
Image
© 2018 JoomShaper, All Right Reserved